W swoich listach pytacie, drodzy Czytelnicy, jak zrobić w Internecie biznes oparty na treściach. Zgłębiłem temat co nieco i obserwując tuzów tegoż Internetu doszedłem do wniosku, że pora już skondensować ich osiągnięcia i przestawić poradnik w trzech krokach. Są one następujące:
- Uruchom ambitny produkt, wyraźnie wyróżniający się na rynku, lokalny, niszowy i prowokujący serwis internetowy,
- Daj go komuś do prowadzenia. Pamiętaj – bądź protekcjonalny, przypomniając że dziennikarz to robotę raz ma, a przeważnie nie; to stawia go w przeciwieństwie do osób stale zasiadających w komisjach. No i powinien wiedzieć komu zawdzięcza, że jest „raz”. Jeśli dziennikarzem jest kobieta – daj jej to odczuć podwójnie, bo kobieta jest od realizacji twoich pomysłów. Przecież to nie jest seksistowskie, to są fakty.
- Ponieważ serwis jest ambitny, wyróżniający się, lokalny, niszowy i prowokujący, jorgnij się po kilku latach, że tego pomysłu nie da się go zeskalować* i go zwiń.
* Zamiennie (w końcu będziesz to robić co jakiś czas, a wiesz, że mediach potrzebny jest płodozmian) możesz:
- à la Grzesiak stwierdzić, że prowadzące nie wychodzą ze swojej strefy komfortu
jak byś tego sobie życzyłjak oczekuje tego od nich korporacja, - à la korporekin poinformować, że skupisz się na nowych i rokujących projektach (w końcu ten ani nowy, ani nigdy nie rokował),
- à la czytelnik książek użyć coelhizmu, że „robienie mediów jest trudne”, ujawniając głęboki humanizm korporacji skłonnej do niebanalnej refleksji.
Nie, Stan Świata nie wraca, tak się tylko zirytowałem; gdy mi zamykano tytuł… wait, nie „ i zamykano”, tylko „siadłem z właścicielem i wymyślaliśmy co będzie najlepsze” byłem w procesie od dnia, w którym dowiedziałem się, że jeśli nie uda się nam, redakcji i managementowi, zrobić sensownego Excela, to idziemy pod topór. Widocznie miałem szczęście trafić na porządnych ludzi.