Do szuflady „wkurza mnie” dorzucam kolejną fiszkę. Początek jest optymistyczny: bardzo się cieszę, że ktoś w Agorze zauważył serię ciekawych zdjęć z okolic miejscowości Truth or Consequences, NM, USA – 50 kilometrów od niej zlokalizowany jest Spaceport America, czyli kosmodrom Bransona.
Irytacja zaczyna się chwilę dalej. Zdjęcia są z serwisu Reutersa. W oryginale odnajdziemy jednak kawał tekstu autorstwa fotografki, Lucy Nicholson, którego już nikomu w Agorze przeczytać się nie chciało. Trochę dziwi mnie, że The Atlantic czy The National potrafiły pokazać zdjęcia tego samego dnia (i opatrzyć własnym komentarzem, wynikającym z przeczytania bloga Nicholson), no ale u nas internet taki wolny, bajty takie spokojne. Researchu w Agorze nie wykonano, więc można było dać optymistyczny podpis „Inauguracyjny lot planowany jest jeszcze w tym roku”. Gdyby ktoś interesował się tematem, wiedziałby że w 2011 roku też był planowany „w tym roku”. To znaczy „w tamtym, 2011”. Ale w tym celu trzeba zrobić research.
Być może w trakcie takowego ktoś trafiłby, przypadkiem zupełnie, na jeden z najlepszych tekstów reportażowych Buzzfeeda, „Failure to launch” Joshuy Wheelera. I wtedy okazałoby się, że Spaceport America to nie gotowa do eksploracji kosmosu megainwestycja, a drenująca publiczne fundusze najbiedniejszego stanu USA zabawka o znikomej póki co przydatności do lotów orbitalnych. I zdjęcia mogłyby mieć zupełnie inne podpisy – może nawet takie, które nie są rodem z PR Virgin Atlantic, tylko bliższe prawdy?
Dlaczego mnie to irytuje? Z prostej przyczyny: wyobraźcie sobie, że dokładnie tak samo po łebkach i bez głębszego zastanowienia ktoś relacjonuje sytuację polskiej służby zdrowia. Tak samo robi materiał o budowie autostrad i związanych z nimi przetargach. Pomyślcie, że czytacie w prasie bezrefleksyjnie wydawane osądy kogoś, kto pierwszy raz styka się z tematem. Czy to sytuacja na Ukrainie, czy artykuł o znanym brytyjskim dziennikarzu motoryzacyjnym z „tygodnika opinii”. Wikipedia powinna się cieszyć – sądząc po niektórych tekstach, jest opiniotwórczym medium drukowanym.
W trakcie mojej prasówki utrzymuję jeden zwyczaj – czytam do momentu, w którym zobaczę pierwszą pomyłkę. Jeśli ja potrafię ją znaleźć, artykuł jest na pewno niewiarygodny (no dobra, ten z Clarksonem z „Wprost” przeczytałem w całości po to, żeby zobaczyć do jakiego stopnia źródłem inspiracji był mój własny tekst o Clarksonie sprzed trzech lat. Trochę potem płakałem ze wzruszenia). Dzięki temu zwyczajowi rozwijam angielski z niemieckim – tam przeważnie jestem w stanie przeczytać tekst do końca (choć i tak trzeba sortować źródła).
P.s.: zwróciłem uwagę na te foty na sajcie Wyborczej tylko dlatego, ze szlag mnie trafił na widok tytułu pierwszego slajdu w Dużym Kadrze. Po polsku stan Nowy Meksyk nazywa się „Nowy Meksyk”.
